Mój osobisty stosunek do psychoanalizy pozostaje niejednoznaczny, ale to, o czym dzisiaj opowiem, trafiło do mnie dużo mocniej niż chłodna, sucha klasyfikacja ujęta w czysto akademickim podejściu do psychopatologii. Steven M. Johnson przedstawia pięć typów ludzkiego charakteru. Są one niczym innym jak maskami – a wręcz zbrojami – które niektórzy z nas musieli założyć w dzieciństwie, żeby przetrwać w niedoskonałym środowisku.
Zbroja, którą nakładamy, żeby przetrwać
Wszystko to następuje w wyniku procesu samonegacji – momentu, w którym małe dziecko dochodzi do wniosku: bycie sobą jest zbyt bolesne, więc stanę się kimś, kogo to środowisko zaakceptuje. W przeciwieństwie do podręczników takich jak DSM-5, które skupiają się na opisywaniu zewnętrznych objawów, podejście charakterologiczne Johnsona sięga głębiej i pyta o wewnętrzną dynamikę pacjenta – obszar znacznie ważniejszy, ale wymagający oparcia się raczej na heurystyce doświadczonego terapeuty niż na twardej nauce.
Johnson zastanawia się, skąd to wszystko się wzięło i jaką ukrytą funkcję pełni ten ból. Zgodnie z tym modelem każda struktura naszego charakteru nie jest dziełem przypadku, ale wyrasta na bazie fundamentalnych, egzystencjalnych problemów, z którymi każda ludzka istota musi się zmierzyć na samym początku swojego życia. Kiedy konfrontacja z tymi pierwszymi wyzwaniami ma charakter urazowy, nasze wczesne, dziecięce próby radzenia sobie z bólem zaczynają się usztywniać, stając się w dorosłości betonowym pancerzem, skrajnie opornym na jakiekolwiek zmiany.
Pięć kroków, w których rodzi się charakter
Aby zrozumieć, jak dokładnie powstaje ten pancerz, warto prześledzić pięć etapów rozwoju charakteru. Wszystko zaczyna się od samoafirmacji – absolutnie naturalnej, wrodzonej ekspresji naszych instynktownych potrzeb, takich jak potrzeba bliskości, jedzenia, uwagi czy samodzielności. Niestety wkrótce następuje etap drugi: negatywna odpowiedź środowiska, czyli zablokowanie tych kluczowych potrzeb przez naszych niedoskonałych opiekunów.
Dziecko reaguje na to wejściem w etap trzeci – reakcję organiczną. Jest to naturalna, wzbudzona wewnętrznie odpowiedź na frustrację, która najczęściej przejawia się jako potężne doświadczenie i ekspresja intensywnych, negatywnych uczuć: przerażenia, głębokiego żalu po stracie i wściekłości. Ponieważ jednak środowisko nadal nie ustępuje, dziecko zmuszone jest przejść do etapu czwartego, absolutnie kluczowego dla powstania wszelkich problemów psychicznych – samonegacji. Jest to moment, w którym człowiek zaczyna imitować własne środowisko w blokowaniu swoich naturalnych impulsów, brutalnie zwracając się przeciwko samemu sobie.
Mały człowiek zaczyna tłumić to, co czuje, a ta wewnętrzna blokada ma nawet swoje dosłowne odzwierciedlenie w ciele – co pionierzy, tacy jak Wilhelm Reich i Alexander Lowen, opisywali jako chroniczne napięcie mięśniowe i zniekształcenie postawy. Zamykamy się w sobie, by uciec przed lękiem, przed ponownym zranieniem. Ostatecznie na piątym etapie wchodzimy w proces adaptacji, tworząc skomplikowane kompromisy i fałszywe „ja”. Decydujemy, czego musimy się całkowicie wyrzec, a co musimy nienaturalnie wyolbrzymić, aby przetrwać i zachować chociaż iluzję relacji z opiekunami. W ten sposób kształtuje się nasz charakter.
Zaburzenie, nerwica czy styl? Poziomy rozwoju strukturalnego
Warto w tym miejscu zaznaczyć, że stopień, w jakim ten charakter na nas później wpływa – a czasem wręcz upośledza – zależy od poziomu naszego rozwoju strukturalnego. Rozwój strukturalny to najprościej mówiąc solidność fundamentów naszej psychiki: to, jak bardzo spójne, zintegrowane i odporne na wstrząsy – stres, odrzucenie, kryzysy czy trudne doświadczenia – jest nasze wewnętrzne „ja”.
Jeśli urazy były gigantyczne, jednostka funkcjonuje na poziomie zaburzenia osobowości, gdzie króluje prymitywny mechanizm rozszczepienia – widzi się świat w skrajnościach, idealizując lub całkowicie dewaluując siebie i innych, nie radząc sobie z napięciem. Jeśli jednostka jest rozwinięta nieco lepiej, wpada w nerwicę charakteru, w której żyje w rozdzierającym, nieświadomym konflikcie wewnętrznym, który często zatruwa życie poprzez depresję, obsesje i choroby psychosomatyczne. Na najwyższym poziomie mówimy jedynie o stylu charakteru – mamy wyższą świadomość swoich wad i lepiej z nimi funkcjonujemy, choć wciąż mamy specyficzne skłonności do powtarzania starych schematów.
Charakter schizoidalny – maska znikającego uciekiniera
Ta zbroja rodzi się w najwcześniejszym okresie rozwoju i dotyka absolutnie fundamentalnej kwestii: budowania więzi i odczuwania bezpieczeństwa w społecznym świecie. Wbrew dawnym mitom ludzkie niemowlę przychodzi na świat doskonale przygotowane do społecznych interakcji – najnowsze badania rozwojowe udowadniają, że noworodek już w pierwszych tygodniach życia potrafi odróżnić głos swojej matki od głosu innych kobiet, reaguje zakłopotaniem na nienaturalny wyraz twarzy i wchodzi w aktywny proces wzajemnej, emocjonalnej harmonizacji z otoczeniem.
Charakter schizoidalny zaczyna się formować właśnie wtedy, gdy ten pierwszy kontakt ze światem jest brutalny w swojej oschłości – kiedy opieka rodzicielska cechuje się brakiem empatii, dystansem, nieprzewidywalnością lub chłodem. Dziecko doświadcza samego siebie jako istoty znienawidzonej, niechcianej i nic nieznaczącej. Mając jednak tak ograniczone niemowlęce zasoby, nie potrafi ono walczyć ani fizycznie uciec. Jedyne, co może zrobić, by przetrwać ten ból, to odciąć się od własnych emocji – uczy się reagować głębokim wycofaniem, wczesną dysocjacją oraz wewnętrzną migracją.
W dorosłym życiu taka osoba stanowi definicję człowieka odciętego od swoich uczuć. Zespół objawów to chroniczny lęk, a często wręcz ukryte, wszechogarniające przerażenie. Osoba ta panicznie boi się zaangażować, wykazuje zachowania unikowe i ma gigantyczne konflikty w sytuacjach wymagających zaufania i bliskości – bycie blisko kogoś jest dla niej podświadomie równoznaczne ze śmiertelnym zagrożeniem.
Jej styl poznawczy jest fascynujący i jednocześnie tragiczny: perfekcyjnie potrafi wyizolować myślenie od uczuć. Tacy ludzie mają często wybitnie rozwinięte myślenie abstrakcyjne, świetnie odnajdują się w skomplikowanych koncepcjach logicznych – natomiast ich konkretna, emocjonalna i społeczna inteligencja jest głęboko upośledzona. Nie wiedzą, jak się czują. Gdzieś na dnie ich umysłu funkcjonują potężne, patogeniczne przekonania: „Nie mam prawa, aby istnieć”, „Świat z definicji jest niebezpieczny”, a najbardziej powszechne – „Coś musi być ze mną fundamentalnie nie tak”.
Charakter oralny – maska wiecznego ratownika
Drugą zbroją, którą niektórzy zakładają na siebie we wczesnym etapie życia, jest problem, w którym centralną rolę gra wieczny głód – iście freudowski charakter oralny. Możemy o nim myśleć jako o masce wiecznego ratownika albo po prostu dziecka opuszczonego. W przeciwieństwie do schizoidalnego terroru, tu głównym problemem są niezaspokojone potrzeby relacyjne, chroniczna zależność i tak zwana uzależniona gratyfikacja.
Historia etiologiczna charakteru oralnego to historia dojmującej deprywacji. Rodzice takiej osoby byli często nierzetelni, niewystarczający lub fizycznie i emocjonalnie niedostępni – bardzo często dlatego, że sami zmagali się z własnymi, przytłaczającymi problemami: ciężką depresją, alkoholizmem czy życiem w skrajnie trudnych warunkach materialnych. Dziecko, wiedząc, że opiekunowie sami sobie nie radzą, zmuszone jest do przedwczesnego porzucenia swojej naturalnej, zależnej pozycji i zaprzeczenia własnym potrzebom, zanim w ogóle zostaną one zaspokojone.
Zablokowanie impulsu własnych potrzeb nie sprawia, że one znikają. Osoba oralna sprawia wrażenie bezdennej studni, której nic nigdy nie potrafi do końca usatysfakcjonować. Najbardziej charakterystycznym elementem tej maski jest absolutna niezdolność do identyfikacji i wyrażania własnych potrzeb – człowiek ten nie potrafi poprosić o pomoc ani zaopiekować się samym sobą. Zamiast tego bierze na siebie gigantyczną odpowiedzialność za opiekowanie się innymi, dalece wykraczającą poza jego realne możliwości, jednocześnie ukrywając, że sam czuje się dokładnie tak samo beznadziejnie.
Styl życia osoby oralnej to okrutna huśtawka – cyklotymia rozpięta między wielkościowością a upadkiem. W chwilach kompensacji odczuwa ona euforyczną moc, uważa, że ma zdolność uzdrawiania świata, snuje przesadne plany. Ponieważ jednak robi to, ignorując siebie, ta omnipotencja musi ostatecznie doprowadzić do załamania – skrajnego wyczerpania, marazmu, poważnych chorób fizycznych lub obezwładniającej depresji. Ten moment upadku nie jest przypadkowy: choroba lub całkowite załamanie emocjonalne to dla wyczerpanego, wiecznego ratownika jedyny kulturowo i wewnętrznie usankcjonowany sposób na zwolnienie się z niekończących się zobowiązań, przy okazji zwalniając się z dręczącego poczucia winy.
Charakter symbiotyczny – maska kameleona bez granic
W okresie, w którym dziecko uczy się chodzić, mówić i zaczyna dostrzegać, że jest odrębną istotą, może powstać charakter symbiotyczny – w całości skupiony wokół problemu separacji i odseparowania się od wzorców życia interpersonalnego, które otaczały nas od pierwszych dni życia. Badaczka Margaret Mahler nazwała ten czas fazą ćwiczenia w procesie indywiduacji, kiedy to maluch przeżywa istny romans ze światem i swoimi nowymi umiejętnościami.
Problem charakterologiczny pojawia się wtedy, gdy opiekunowie czują się głęboko zagrożeni tymi pierwszymi samodzielnymi krokami dziecka. Zamiast wspierać inicjatywę, reagują wycofaniem, lękiem, groźbami, a nawet karami – zachowaniami, które służą stworzeniu dystansu. Zniechęcone do podejmowania ryzyka dziecko uczy się, że musi drastycznie ograniczyć swoje naturalne dążenia i wypracować kompromisowe, fałszywe self, dzięki któremu będzie mogło podtrzymywać kontakt z rodzicami na zasadzie przedłużonego uzależnienia i uwikłania.
Fałszywe self, najprościej mówiąc, to psychologiczna maska przetrwania. Dziecko z natury chce być spontaniczne i eksplorować świat – to jego prawdziwe self. Jeśli jednak otoczenie tego nie akceptuje, dziecko staje przed tragicznym wyborem: być sobą i stracić miłość rodzica, czy porzucić siebie, aby tę miłość zatrzymać. Dziecko zawsze wybierze to drugie, bo od rodzica zależy jego przetrwanie.
Głęboko w podświadomości osoby symbiotycznej ukryte są patogeniczne przekonania: „Jestem niczym bez ciebie”, „Zawdzięczam ci siebie samego”, „Czy nie mogę być szczęśliwy, jeśli ty nie będziesz szczęśliwy”. Z tego powodu człowiek ten cierpi na gigantyczne poczucie winy z powodu separacji, a skuteczna terapia wymaga zerwania sztucznych, dusznych więzów i przyzwolenia na ekspresję naturalnej agresji – centralnej części procesu prawdziwego, zdrowego oddzielenia się od innych.
Charakter narcystyczny – wojna o poczucie własnej wartości
Czwarta zbroja, wyrastająca na etapie kształtowania się naszego ja, stanowi z perspektywy rozwojowej wielką wojnę o poczucie własnej wartości. Jednak wbrew potocznemu rozumieniu tego słowa, u źródeł narcyzmu nie leży nadmiar miłości własnej, lecz potężna i bardzo głęboka rana. Etiologia tego problemu zaczyna się w momencie, gdy opiekunowie nie dopuszczają do uprawnionego wspierania dziecięcej wrażliwości, lecz używają dziecka do odzwierciedlenia własnej wartości, spełniania własnych ambicji i ideałów.
Dziecko jest tu obiektem tak zwanej narcystycznej kateksji. Rodzice chcą, aby było ono czymś znacznie więcej, niż jest w rzeczywistości – skrajnie je idealizując albo traktując je jako coś gorszego, boleśnie upokarzając i deprecjonując za najmniejsze błędy. Heinz Kohut, wybitny psychoanalityk zajmujący się tym problemem, tłumaczył, że takie dziecko zostaje pozbawione niezwykle ważnego doświadczenia – optymalnej frustracji. Jego naturalny system wewnętrznej równowagi ulega zniszczeniu, co prowadzi do drastycznego rozszczepienia: naturalna wielkość i wrażliwość nie spotykają się z uznaniem, co rodzi potężne zranienie prawdziwego ja. Aby przetrwać, jednostka buduje sztuczne, kompensacyjne, wyolbrzymione i w pełni fałszywe self, które ukrywa jej wewnętrzną pustkę.
W dorosłości ta krucha struktura objawia się ciągłym oscylowaniem między skrajną wielkościowością a paraliżującym uczuciem całkowitej bezwartościowości. W swoim wielkościowym stanie człowiek narcystyczny prezentuje omnipotentną dumę, koncentrację na sobie, perfekcjonizm oraz nadmierne uzależnienie swojego poczucia wartości od obiektywnych osiągnięć. Aby utrzymać ten sztuczny obraz, manipuluje innymi ludźmi, obiektywizuje ich i dewaluuje, używając ich jedynie jako publiczności do odzwierciedlenia swojej wspaniałości.
Kiedy jednak to fałszywe, napompowane ja z jakiegoś powodu się załamuje, narcyz wpada w absolutną czarną dziurę symptomatycznego self. Ujawnia wtedy gigantyczną wrażliwość na zawstydzenie i upokorzenie, wpada w głęboką depresję zdominowaną przez niskie poczucie własnej wartości, cierpi na hipochondrię i odczuwa paniczny lęk oraz przerażającą wewnętrzną pustkę. Jego wewnętrzny skrypt brzmi: „Muszę być nieomylny, doskonały i wyjątkowy. Jeśli okażę najmniejszą wrażliwość, zostanę natychmiast wykorzystany, upokorzony i zawstydzony”.
Charakter masochistyczny – gra „Dlaczego nie ty?”
Piątą i ostatnią maską, o której pisze Johnson, jest charakter masochistyczny, kręcący się wokół niezwykle bolesnego problemu kontroli i całkowitego załamania ludzkiej woli. Zjawisko to kształtuje się w dzieciństwie przypominającym prawdziwe pole bitwy, gdzie zorientowani na dominację rodzice bezwzględnie naruszają i przekraczają granice fizyczne i psychiczne dziecka – często dotyczy to siłowego ingerowania w naturalne funkcje fizjologiczne, takie jak zmuszanie do jedzenia niewyobrażalnych ilości pożywienia czy drastyczne, karzące wymuszanie korzystania z toalety.
Początkowo taka inwazyjna interwencja budzi w dziecku potężną, ograniczoną wściekłość i naturalny opór. Jednak pod wpływem długotrwałej presji, gróźb i kar dziecko w końcu kapituluje. Zmuszone jest do samodzielnego i niezwykle brutalnego zdławienia własnych, agresywnych, odwetowych impulsów. W ten sposób jego wola zostaje złamana, a w zamian za możliwość utrzymania kontaktu i odzyskania jakiegokolwiek wsparcia rozwija ono konformistyczną, służebną i cierpiętniczą osobowość.
Dorosłe życie osoby masochistycznej to stan, który Wilhelm Reich obrazowo nazwał masochistycznym grzęzawiskiem – egzystencja zdominowana przez niekończące się cierpienie, samotorturowanie się, samodeprecjację i chroniczną, obezwładniającą depresję. Jej styl poznawczy jest ociężały i pozbawiony wyobraźni – zawsze oczekuje najgorszego i nie ma żadnej wiary w to, że w jej życiu może wydarzyć się coś pozytywnego. Relacje nawiązuje poprzez ciągłe usługiwanie innym oraz nieustanne uskarżanie się, uwikłane w toksyczną grę pod tytułem „Dlaczego ty nie?”.
Pod tą powierzchnią uległości i cierpienia kryje się jednak potężna broń – pasywna agresja i stłumiona wrogość. Masochista karze innych swoim własnym nieszczęściem i pozbawianiem samego siebie jakiejkolwiek satysfakcji, wierząc w patogeniczny skrypt: „Poddaję się i będę dobry, ale nigdy nie uznam mojej przegranej. Mogę cię ukarać poprzez moje wycofanie się, a moje niezaspokojenie zrani cię znacznie bardziej niż mnie”. W gabinecie terapeutycznym przekłada się to na tak zwaną negatywną reakcję terapeutyczną, w której każda poprawa jest natychmiast torpedowana powrotem do cierpienia – byle tylko udowodnić pomagającemu jego bezsilność.
Co z tym zrobić?
Wydźwięk tego tekstu może wydawać się mroczny. Słuchając o tych wszystkich zbrojach, maskach i zaburzeniach, łatwo dojść do wniosku, że każdy z nas jest w jakimś stopniu fundamentalnie uszkodzony. To nieprawda. Pamiętaj o tym, jak bardzo te mechanizmy kogoś upośledzają – to zależy od fundamentów jego psychiki. Zdecydowana większość ludzi funkcjonuje maksymalnie na poziomie stylu charakteru: ma swoje neurotyczne skłonności i ulubione maski, ale potrafi z nimi żyć, kochać i normalnie funkcjonować. O zaburzeniach osobowości mówimy dopiero wtedy, kiedy generują one realne życiowe cierpienie, przez które jednostka nie jest w stanie sama sobie poradzić.
Te wszystkie style charakteru są też dowodem na to, że jako dzieci byliśmy niesamowicie silni i zrobiliśmy wszystko, co konieczne, by przetrwać. Dziś, jako dorośli, być może to najwyższy czas, by powoli zacząć te zbroje zdejmować. A jeśli czujesz, że Twoja zbroja jest czymś więcej i realnie zatruwa Twoje życie, pamiętaj – nie jesteś z tym sam, a kluczowa jest tu profesjonalna pomoc terapeutyczna.
Sprawdź też:
Otto Kernberg – Poziomy Organizacji Osobowości. Jak Powstają Zaburzenia? → Narcyzm – Jak Go Rozpoznać i Skutecznie Chronić Siebie? → Mechanizmy Obronne Psychiki – Czym Są i Jak Działają? → Dramat Udanego Dziecka – Alice Miller →Sprawdź się!
7 pytań z kluczowych pojęć tego odcinka. Ile zapamiętałeś?
Pytanie 1 / 7
Więcej odcinków
Backrooms – Psychologiczna Analiza Filmu. Cień, Mechanizmy Obronne i Ucieczka od Rzeczywistości
Dlaczego Bycie Za Dobrym Kończy Się Agresją? Przeniesienie, Jungowski Cień i Retrofleksja
Anna Freud – Córka Zygmunta, Która Przerosła Ojca
Studia Psychologiczne – Dla Kogo Są i Czego Nie Powiedzą Ci na Drzwiach Otwartych